Poniedziałek, 17 czerwca 2019. Imieniny Laury, Leszka, Marcjana

Podziel się:

Podziel się:

Warszawiaków dwa dni w Szczytnie – czyli po drodze nad morze….

Przygody "Warszawiaków" w Szczytnie i okolicach...

Zajechali do nas, do Szczytna Warszawiacy. Młoda i sympatyczna para z Żoliborza - Monika i Bartek. Monika to nasza krewna, a Bartek to od niedawna jej życiowy partner. Oboje mają wakacje (choć Monika przymusowe) i wybrali się nad morze, spędzić tam kilka dni. Po drodze zdecydowali się zwiedzić Szczytno, a jak się uda, to i ciekawsze okolice. Monika była już raz w naszym mieście, ale jakieś 15 lat temu – czyli (w jej przypadku) w wieku, w którym bardziej myśli się o lodach, niż o zwiedzaniu jakiegokolwiek miasta. Natomiast Bartek nigdy nie był na Warmii i Mazurach, do czego od razu się przyznał. Gdy pytaliśmy, co wiedzą o naszym mieście powiedzieli, że Szczytno kojarzy im się głównie z Krzyżakami Sienkiewicza, Wyższą Szkołą Policji i lotniskiem w Szymanach – a to za sprawą …. CIA!? Słyszeli bowiem o aferze z przesłuchiwanymi – podobno – w Starych Kiejkutach terrorystami z Alkaidy, których przywożono potajemnie samolotami, lądującymi w pobliskich Szymanach. Wiedzieli ponadto, że nasze miasteczko leży na południowych Mazurach, że w okolicy jest dużo lasów i mnóstwo jezior i że najsłynniejsza plaża i najczystsza woda, jest na Warchałach.
Monika niedawno straciła pracę i obecnie zrobiła sobie kilkudniową przerwę w jej poszukiwaniach. Dziewczyna twierdzi, że o w Stolicy trudno o posadę, a jeszcze trudniej o uczciwych pracodawców - czyli takich, którzy dają etat i płacą terminowo pobory. Jakiś czas temu zdarzyło jej się trafić na nieuczciwego szefa i pracowała przez trzy miesiące bez umowy i prawie za darmo.
Bartek zaś pracuje w sklepie z częściami motoryzacyjnymi i pochodzi z górnego Śląska, a w Warszawie mieszka od kilku lat. Wziął kilka dni urlopu, żeby odpocząć, popatrzeć na morskie fale, ewentualnie na mazurskie jeziora. Wybrali wakacje nad morzem i zatrzymają się w Krynicy, a może trochę dalej – w Piaskach. Jadą tam nie mając zarezerwowanej kwatery i liczą, że znajdą coś na miejscu. W razie czego mają namiot, kilka konserw i jakoś dadzą radę.
W dniu przyjazdu do Szczytna, nasi goście mieli małą przygodę w Sasku Wielkim. Zaczęło się od tego, że Monika koniecznie chciała zobaczyć działkę rekreacyjną w Piecach, nad jeziorem Sasek Wielki, którą jej rodzice kupili kiedyś, jako lokatę kapitału. Ponieważ działka nie jest użytkowana, to Monika nigdy tam nie była. Młodzi, chcąc łatwo trafić na miejsce, wpisali do nawigacji „Sasek Wielki” i wylądowali w … Sasku Wielkim – oczywiście tym leżącym kawałek za lotniskiem. Pech chciał, że jadąc nad tamtejszą plażę (przy okazji postanowili się wykąpać), zakopali się na amen w piaszczystej drodze. I pewnie przyszłoby im tam spędzić z połowę urlopu, gdyby nie pomoc rolnika, który chcąc okazać „Warsiawiakom” miejscową gościnność, odpalił ciągnik i bez problemu wyciągnął ich z koleiny. Gdy za przysługę sprezentowali mu, przeznaczone na specjalną okazję, markowe wino wytrawne, trochę się skrzywił i wyjaśnił, że za kwaśnym nie przepada. Ale wziął, bo nie wypadało odmówić…
Pierwszego dnia pobytu w Szczytnie pokazaliśmy naszym gościom Plac Juranda, ruiny zamku - gdzie akurat trwała sesja fotograficzna młodej, ale już mocno zmęczonej pary ślubnej. Potem park i skwer, poświęcone pamięci Krzysztofa Klenczona. Także molo nad jeziorem, wieżę ciśnień, zabytkowe budynki browaru i sądu. A gdy zapragnęli dłuższego spaceru, puściliśmy się z nimi ścieżką wokół jeziora Dużego Domowego. Potem jeszcze trochę pokręciliśmy się po centrum i wróciliśmy do domu.
Gdy wieczorem, przy lampce wina, trochę mniej wytrawnego niż oddane wcześniej za przysługę, pytaliśmy o wrażenia i co im się podobało, powiedzieli, że ….wszystko! No może oprócz dziwnej budowli wokół wieży ciśnień, która zrobiła na nich przygnębiające wrażenie. Cała reszta, a więc kwiatki, chodniki, budynki, ruiny, ścieżki, a nawet „Pofajdoki”, bardzo im się podobały. Mnie natomiast nie podobało się to, że nie znali ani jednej piosenki Klenczona! Poradziłem im, żeby nie chwalili się tym głośno, bo w Szczytnie jesteśmy na tym punkcie cholernie przewrażliwieni. Podpowiedziałem, że powinni słyszeć i dobrze znać – jako absolutne minimum: „Dziesięć w skali Beauforta”, „Kwiaty we włosach” i „Biały Krzyż”. Obiecali, że następnym razem odrobią lekcje…
Nazajutrz pojechaliśmy do Krutyni, spróbować swoich sił na kajakach. Pierwsze wrażenie, jest takie, że oto nagle wszyscy z okolicy przyjechali tu i chcą pływać. Dużo, a nawet bardzo dużo ludzi – co jednak nie dziwi, wszak mamy wakacje. Na rzece trzeba uważać, bo dużo drzew podtopionych, wielkich głazów i wystających nie wiadomo skąd gałęzi, a i o kolizję z innym kajakiem nietrudno.
Płynęliśmy leniwie, chlapaliśmy się wodą niewprawnie machając wiosłami, wąchaliśmy dym z papierosów palonych przez płynących przed nami turystów. Słyszeliśmy też trzask otwieranych browarów i wymieniane, cenne porady jak wiosłować, okraszone swojskimi przerywnikami – np. ku…., jak płyniesz, równo machaj!
Wszystko to jednak szczegóły, było fajnie i miło, bo pogoda dopisała. Widzieliśmy łabędzie i kaczki – wszystkie płynęły w przeciwną stronę, tj. w górę rzeki. Na krótko jedna z nich zainteresowała się naszym kajakiem i przez jakiś kwadrans płynęła obok, ciekawie się przyglądając. Nie wiem o co jej chodziło, ale też i nie wnikałem – kaczki mają przecież swój rozum.
Minęliśmy dwie lub trzy rodziny niemieckie i doszło do nas, że Niemcy to jednak dziwni ludzie! Tylko oni mieli założone kapoki i to wszyscy – dorośli i dzieci. Wśród naszych rodaków kapok nie cieszył się dużą popularnością – ledwie może dwie lub trzy osoby miały je na sobie. Ale co tam, woda w Krutyni płyciutka i ciężko się tu utopić.
Wybraliśmy krotką trasę i po ok. trzech godzinach dopłynęliśmy do „Portu Rosocha”. Wysiedliśmy z kajaków – nasz akurat trochę przeciekał, zadzwoniliśmy po samochód i coś tam przekąsiliśmy w nadbrzeżnym barze. Wróciliśmy do Szczytna i znowu ruszyliśmy w miasto. Warszawiakom znowu wszystko się podobało! W domu próbowałem im tłumaczyć, że my jako mieszkańcy mamy na wiele spraw inny pogląd niż przyjezdni, że wiele nam się nie podoba, że to i owo powinno być zrobione inaczej, że można było więcej, lepiej, itd. Oni na to, żebyśmy nie szukali dziury w całym i przyjechali zobaczyć jak się żyje w Warszawie. Posiedzieliśmy tak cały wieczór i rano odjechali nad morze.
Byli krótko, ale miło było posłuchać, że komuś z wielkiego miasta, podoba się nasze miasto. Dzwoniliśmy do siebie, jak już byli nad morzem. Warszawiacy, pół żartem, pół serio pytali o możliwości zatrudnienia w Szczytnie takich ludzi jak oni, o ceny wynajmu pomieszczeń na działalność gospodarczą i takie tam jeszcze informacje, jakby chcieli się tu osiedlić. Na koniec zapewnili, że chętnie tu wrócą i to już za rok… Tym razem przyjadą z dyskografią Klenczona i na pewno zobaczą swoja działkę nad Saskiem Wielkim…
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Zbigniew Marek oraz opublikowany na portalu Szczytno: Warszawiaków dwa dni w Szczytnie – czyli po drodze nad morze…
Oceń artykuł:

(0)