Niedziela, 15 września 2019. Imieniny Albina, Lolity, Ronalda

Otarli się o śmierć na Giewoncie

2019-08-28 16:59:06 (ost. akt: 2019-08-29 08:32:15)

Autor zdjęcia: Arch. prywatne

Gwałtowna burza przeszła w czwartek nad Tatrami. Porażonych piorunem zostało ponad sto osób, zginęły cztery. Beata i Wojciech Koźliccy ze Szczytna w chwili tragedii byli na szczycie Giewontu. Wciąż nie mogą uwierzyć, że przeżyli.

Beata i Wojciech Koźliccy to małżeństwo ze Szczytna. Są rodzicami dwójki dzieci. Oboje bardzo lubią aktywność fizyczną, należą do Klubu Biegacza Jurund Szczytno. Podczas tegorocznego urlopu postanowili wyjechać do Zakopanego.
- To miał być piękny urlop... taki wymarzony. Akurat obchodziliśmy 10 rocznicę ślubu - opowiadają. - Postanowiliśmy tym razem spędzić ten czas we dwójkę. Dzieci zostały u dziadków, a my, tak jak w podróż poślubną, wybraliśmy się w góry. Każdego dnia mieliśmy zdobywać inny szczyt, zobaczyć najpiękniejsze miejsca. Do Zakopanego dotarliśmy w środę, a w czwartek wybraliśmy się na Giewont. Wcześniej sprawdziliśmy pogodę, trasę i odpowiednio przygotowani wyszliśmy na szlak.

Jak się okazało, góry tak jak piękne, bywają też niebezpieczne, a pogoda potrafi w ciągu kilku minut zmienić się.

https://m.wm.pl/2019/08/orig/beata1-572970-573378.jpg

Małżeństwo na szczyt Giewontu dotarło po godzinie 12. Kilkadziesiąt minut później w górach doszło do gwałtownej burzy z silnymi wyładowaniami. Z powodu uderzeń piorunów zginęły 4 osoby. Kilkadziesiąt jest poszkodowanych, wielu z nich wciąż przebywa w szpitalach.

- Była piękna pogoda, niebo czyste, żadnych alertów pogodowych - wspomina pan Wojciech. - Wszędzie było pełno ludzi. Pod krzyżem też spora grupa osób, przy łańcuchach na wejściu i zejściu również. Wtedy zaczął padać drobny deszcz. Zdążyłem zrobić zdjęcie żonie, była 12.57. Wysłałem fotkę do teściowej. Zaczęliśmy kierować się do zejścia. Nie słyszeliśmy burzy, ani uderzeń pioruna. Dopiero jak uderzył przy krzyżu, a potem w skały obok nas. Poczułem tylko, że lecę. Na chwilę straciłem przytomność... Kiedy się ocknąłem, szumiało mi w uszach. Poczułem na sobie ciężar. To były kawałki skał i dwie osoby: starszy pan i jakaś dziewczyna. Zacząłem krzyczeć: "Beata, gdzie jesteś!"

- Szłam obok męża, a nagle zostałam odrzucona 2-3 metry dalej - opowiada pani Beata. - Też na chwilę straciłam przytomność. Bardzo bolała mnie noga, lała się z niej krew. Zgubiłam gdzieś but. Słyszałam jak mąż mnie wołał. Udało mi się wstać, znaleźć but i dotrzeć do męża. Zaczęłam ściągać odłamki skał z niego i osoby, które na nim leżały. Działaliśmy wszyscy jak w transie, jeden drugiemu starał się pomóc.

Małżeństwo opowiada, że wokół leżeli porozrzucani ludzie, dzieci. Ludzie krzyczeli i nawoływali swoich bliskich, a wszędzie było pełno krwi.

Łącznie w górach poszkodowanych na skutek burzy było prawie 160 osób. Najgorzej poszkodowani maję poparzenia, startą skórę, poważne pęknięcia, złamania, a także urazy głowy. Cztery osoby zmarły.
- Patrzyliśmy z przerażeniem na to, co się stało... To było jak w jakimś filmie - kontynuuje pan Wojciech. - Ludzie mieli pozrywane, poszarpane ubrania, z butów powyrywane podeszwy. Słychać było płacz i jęki. Burza rozszalała się na dobre. Pomagaliśmy sobie nawzajem, choć zdarzały się osoby, które nie patrząc na tragedię uciekały depcząc po leżących rannych osobach.

Jak schodziliśmy, słyszałem krzyk matki, obok której reanimowano jej córeczkę, niestety 10-latka zmarła. Słyszałem głos rozmawiającego przez telefon mężczyzny ze służbami ratowniczymi, który pytał, co mają robić, bo jak robią wdech to z uszu poszkodowanego leci krew... Jakieś dziecko krzyczało do matki, że nic mu nie jest, ale tata się nie rusza...

Widzieliśmy przez te kilkadziesiąt minut ogrom tragedii. Po drodze pomagaliśmy napotkanym poszkodowanym. Opatrywaliśmy rany, pomagaliśmy zejść. Nad nami latały śmigłowce, toprowcy biegiem wspinali się na górę. Podziwialiśmy ich, bo my ślizgaliśmy się na skałach. Żona bała trzymać się łańcuchów, więc zjeżdżała ze skał. Było bardzo niebezpiecznie. Dotarliśmy do schroniska. Tu dostaliśmy koce, coś ciepłego do picia, udzielono nam pierwszej pomocy. Tu wykonałem telefon do rodziny. Powiadomiłem ich, że żyjemy.

Ze schroniska państwo Koźliccy zostali przewiezieni do Zakopanego do szpitala. Tam lekarze uznali, ze muszą zostać poddani obserwacji i przewieziono ich do Nowego Targu. Tego samego dnia o 20-tej otrzymali wypisy.

- Dziękujemy Bogu, że żyjemy. Tego, co przeżyliśmy i widzieliśmy, nie da się opisać słowami. Zamykamy oczy i wciąż widzimy tych rannych, porozrzucanych ludzi, słyszymy krzyki i widzimy krew, która ściekała po skałach. Do domu wróciliśmy w poniedziałek i kiedy zobaczyliśmy nasze dzieci, przytuliliśmy je i zrozumieliśmy jak wielkie mieliśmy szczęście. Nie kryjemy wzruszenia i łez, że dostaliśmy szansę od losu, by wciąż być razem, patrzeć jak dorastają nasze dzieci i cieszyć się bliskością rodziny i przyjaciół. Rany fizyczne się zagoją, tylko to, co widzieliśmy zmieniło nasze podejście do życia.

Joanna Karzyńska
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Zagraj w GRY.wm.pl

  • Goodgame Empire
  • Goodgame Big Farm
  • Goodgame Poker
  • Shadow Kings - The Dark Ages